CENY ZWALNIAJĄ, ALE PORTFEL DALEJ BOLI
Coraz częściej słyszymy, że „inflacja hamuje”, „ceny już tak nie rosną”, „sytuacja się uspokaja”. I faktycznie, jeśli spojrzymy na suche liczby, tempo wzrostu cen w sklepach jest dziś niższe niż kilka miesięcy temu. Przeciętny koszyk podstawowych produktów zdrożał w skali roku „tylko” o kilka procent, a nie kilkanaście czy kilkadziesiąt, jak bywało wcześniej.
Problem w tym, że ta statystyka wcale nie oznacza, że podczas codziennych zakupów oddychamy z ulgą. Zmieniło się coś innego: ciężar drożyzny przesunął się z części podstawowych produktów na kategorie, które wielu osobom trudno sobie odpuścić. Zamiast spektakularnych podwyżek masła czy podstawowego pieczywa, coraz mocniej uderzają w nas ceny kawy, herbaty, alkoholu, tłuszczów i słodyczy.
I tak rodzi się nowy „król drożyzny” w polskich sklepach – używki i to, co dla wielu osób jest codziennym rytuałem, a nie luksusem.
KAWA, HERBATA I ALKOHOL – CICHY LIDER PODWYŻEK
Jeszcze niedawno symbolem drożyzny było masło. W sieci krążyły memy, ludzie żartowali, że trzeba brać kredyt na kostkę masła. Dziś sytuacja jest paradoksalnie inna: masło lekko potaniało, a królem podwyżek stały się używki.
Kawa, herbata i alkohol drożeją w tempie dwucyfrowym. Średni wzrost cen w tej kategorii jest wyraźnie wyższy niż ogólna inflacja w sklepach. Co gorsza, to właśnie te produkty są bardzo „przyklejone” do naszych codziennych nawyków.
Wyobraź sobie zwykłe poranne wyjście do sklepu. Wrzucasz do koszyka chleb, kilka warzyw, coś na kanapki i… kawę. Dopiero przy kasie orientujesz się, że to właśnie ten jeden produkt „podbił” rachunek najmocniej. Wielu klientów ma podobne doświadczenie: żywność podstawowa nie szokuje już tak jak kiedyś, za to cena ulubionej kawy czy butelki wina „na weekend” potrafi skutecznie popsuć humor.
Powody są w dużej mierze globalne. Gorsze zbiory kawy w Ameryce Południowej, problemy pogodowe w Azji, droższy surowiec na światowych giełdach, koszty transportu i przetwórstwa – wszystko to trafia na półkę w twoim sklepie. A ponieważ ludzie rzadko rezygnują z porannej kawy, producenci i sieci handlowe bez większych oporów przerzucają rosnące koszty na konsumentów.
MASŁO SCHODZI Z PODESTU, ALE TŁUSZCZE DALEJ DROGIE
Masło było przez długi czas symbolem drożyzny. Dziś, co może zaskakiwać, jego cena w ujęciu rocznym lekko spadła. Nie znaczy to jednak, że kategoria tłuszczów stała się nagle przyjazna dla portfela. Po prostu zmienił się lider.
Teraz najmocniej ciągną ceny w górę margaryny i oleje. To właśnie one odpowiadają za to, że tłuszcze wciąż znajdują się w czołówce najszybciej drożejących produktów. Dla przeciętnej rodziny oznacza to, że pieczenie, smażenie czy przygotowanie domowych wypieków stają się po prostu droższe, nawet jeśli kostka masła już nie straszy tak jak rok temu.
Znam rodzinę, która od lat piecze ciasta na każde rodzinne spotkanie. Jeszcze niedawno narzekali głównie na masło, dziś mówią: „ciasto też wychodzi drożej, bo olej i margaryna poszybowały, a słodycze w sklepie też nie tanieją”. I to jest codzienność wielu z nas – podwyżki nie zawsze są spektakularne, ale rozlewają się po całym koszyku.
CO TANIEJE I DLACZEGO TO WCALE NIE ROZWIĄZUJE PROBLEMU
W październikowych danych widać też pewne pozytywne sygnały. Lekko staniały warzywa i produkty sypkie, takie jak ryż czy kasze. To efekt sezonowości – większa podaż z krajowych upraw i zakończenie okresu najdroższych dostaw robią swoje. Dla wielu rodzin to realna ulga, bo można częściej sięgać po tańsze, zdrowsze dodatki do obiadu.
Niestety, eksperci przestrzegają, że to może być tylko chwilowy oddech. Zbliżające się święta, wyższy popyt na typowo „świąteczne” produkty, rosnące koszty pracy, składek i podatków – wszystko to może znów podkręcić ceny w górę. A że w okresie świątecznym kupujemy więcej kawy, alkoholu, słodyczy i tłuszczów, łatwo przewidzieć, które paragony najbardziej nas zabolią.
JAK SOBIE RADZIĆ Z NOWYM „KRÓLEM DROŻYZNY”?
Nie mamy wpływu na pogodę w Brazylii ani podatki, które płacą producenci. Mamy jednak wpływ na to, jak wygląda nasz koszyk i nasze nawyki. To nie znaczy, że musisz od razu rezygnować z porannej kawy i czekolady na zawsze, ale warto podejść do sprawy sprytniej.
Po pierwsze, dobrze jest znać swoje „produkty wrażliwe na cenę”. Jeśli wiesz, że najwięcej wydajesz na kawę, słodycze i alkohol, możesz świadomie polować na promocje, zamieniać droższe marki na tańsze odpowiedniki, a czasem po prostu ograniczać ilość. Czasem wystarczy zamienić dwie słodkie przekąski w tygodniu na jedną, a drugą zastąpić owocem – i portfel, i zdrowie powiedzą ci dziękuję.
Po drugie, warto wrócić do planowania zakupów. Lista, choć brzmi banalnie, naprawdę działa. Gdy idziesz do sklepu z konkretnymi punktami w głowie, rzadziej sięgasz po impulsywne zakupy przy kasie. A to często właśnie tam czekają najdroższe małe „przyjemności”, które dokładają po kilkanaście złotych do rachunku.
Po trzecie, drobne zmiany w kuchni potrafią dać duży efekt. Zamiast kilku kaw dziennie, jedna porządna i mocna, zamiast codziennych słodyczy – domowy deser raz na kilka dni. Nie chodzi o ascetyczną dietę, tylko o przejęcie kontroli nad tym, co faktycznie ląduje w koszyku i na talerzu.
DROŻYZNA SIĘ ZMIENIA, ŚWIADOMOŚĆ ZOSTAJE
Nowy król drożyzny w polskich sklepach nie stoi już w lodówce przy maśle. Często kryje się na półkach z kawą, herbatą, alkoholem, tłuszczami i słodyczami. Statystyka pokazuje tylko część obrazu, resztę czujemy sami, patrząc na paragony.
Może więc paradoksalnie to dobry moment, żeby zamienić frustrację na większą świadomość. Zamiast tylko narzekać przy kasie, możemy zacząć inaczej układać swój koszyk, uczyć się planowania, korzystać z promocji mądrzej, a nie „na hurra”.
Ceny raczej szybko nie wrócą do poziomów sprzed kilku lat. Ale to, jak bardzo nas uderzą, zależy już w dużej mierze od naszych wyborów. I choć nie mamy wpływu na globalne giełdy kawy, to mamy wpływ na to, ile razy dziennie sięgamy po kolejną filiżankę – i po które produkty naprawdę warto sięgać, a które kupujemy tylko z przyzwyczajenia.




